Pewnie znajdziemy tu kilka osób, którzy zechcą poczytać o wspomnieniach z czasów II wojny światowej mieszkańców Zaraszowa i okolic. A zapewniam, że warto. Materiały pochodzą ze szkolnego archiwum. Odnalazła je Pani Dyrektor Bożena Koziej. Postanowiliśmy zamienić je na dokumenty elektroniczne (naturalnie zachowując oryginalną treść). Pochodzą sprzed mniej więcej 30 lat! Skąd takie materiały w szkole? Z dużym prawdopodobieństwem możemy powiedzieć, że ich pomysłodawcą był Pan Witold Milanowski (długoletni Dyrektor naszej szkoły), który zapewne wiele lat temu zadał swoim uczniom pracę domową... No i dziatwa wykonała ją wzorowo 
Myślę, powiem więcej - wiem na pewno, że niektórzy z użytkowników naszego portalu byli tymi wzorowymi uczniami. Zapraszam więc do lektury...
Wspomnienia byłego żołnierza kampanii wrześniowej, a później więźnia karnego obozu pracy w Dębicy pana Jana Furgała.
W 1934 r zostałem powołany do wojska jako żołnierz poborowy do II pułku artylerii ciężkiej w Chełmie.
Po zakończeniu służby wojskowej powróciłem do domu. We wrześniu jako rezerwista zostałem powołany do obrony Polski; zostaliśmy przerzuceni pod Kutno, gdzie brałem czynny udział w ciężkich i krwawych walkach. Spod Kutna zdziesiątkowani otrzymaliśmy rozkaz wycofania się z Bug w celu koncentracji sił. Lecz nadeszła smutna wiadomość, że 17 września ZSRR( Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich – a obecnie Rosja) wystąpił zbrojnie przeciw Polsce i zajął tereny leżące za Bugiem. Za Bug więc nie zdołaliśmy się wycofać i zaczęliśmy, zakopywać palić i topić broń. Po zniszczeniu broni i przebraniu w cywilne ubranie, wróciłem do domu. 10 września 1942 roku o świcie przyjechała żandarmeria niemiecka i urządziła we wsi łapankę; razem złapali nas 20 i wywieźli na Majdanek. Na Majdanku przebywałem 10 dni. W tym czasie przywieziono z innych okolic Polski około 2500 osób i całym transportem wywieźli nas do karnego obozu pracy w Dębicy.
W czasie transportu dużo ludzi zbiegało - ja także chciałem spróbować ucieczki, lecz nie mogłem dotrzeć do zbawiennego okienka wagonu towarowego. Po wyładowaniu nas w Dębicy Niemcy doliczyli się, że dużo ludzi brakuje, ustawili nas w trójki i jak wilki zajadłe nielitościwie pędzili nas strzelając do obozu. Na tej krwawej drodze długości trzech kilometrów dużo ludzi zginęło. W obozie zostaliśmy oddani w ręce Esesmanów. Pilnujący nas dotychczas Niemcy powiedzieli im, że jesteśmy partyzantami ujętymi w walce, co było nieprawdą. Po przybyciu do obozu - cały dzień o głodzie - byliśmy numerowani i znaczeni. Ja miałem numer obozowy 232. Na drugi dzień Niemcy wydali każdemu więźniowi 20 dkg chleba, 2 dkg margaryny i ½ l zielonej wody.
Czasem też otrzymywaliśmy kawę lub herbatę oczywiście bez cukru.
Po tak skromnym posiłku wysłali nas do pracy przy budowie drogi asfaltowej.
Po zakończeniu roboty dawano nam 1l zupy, która była nie do zjedzenia w czasie pokoju. Zupa gotowana była ze zgniłej kapusty, ziemniaków, buraków itp. Obiadu wogóle nie dawano. I tak było codziennie. Pracowaliśmy od świtu do nocy, aż do października 1942 roku. Przez całą zimę, gdy była słoneczna pogoda kładliśmy podkłady pod szyny. Gdy po pewnym czasie podarły mi się spodnie nie mając w czym chodzić, okręciłem gołe nogi workami po cemencie, a dopiero na wierzch zakładałem podarte spodnie.
W obozie była bardzo ostra i surowa dyscyplina, nie było więc możliwości słuchania radia i nic nie widzieliśmy o przebiegu wojny. Na Majdanku było znacznie lepiej; nie było przynajmniej tak surowej dyscypliny, jaka była w obozie w Dębicy.
Pod koniec 1942roku w obozie wybuchła epidemia czerwonki i tyfusu. Ludzie ginęli, jak muchy. Choroba nie ominęła i mnie. Jednak mój wyczerpany organizm cudem zdołał przezwyciężyć chorobę.
Na miejsce zmarłych i zamordowanych przywożono ludzi z różnych okolic Warszawy, Kielc, Nowego Sącza. Obóz zwany był głodową fabryką śmierci. Funkcję porządkowych w obozie pełnili Polacy tzw. kapowi. Ja miałem dobrego kapowego, był nim Wojciech Dzieduszycki, który po zakończeniu wojny występował w telewizji wrocławskiej jako śpiewak. Inni kapowi byli bardziej okrutni – miałem tego okazję odczuć na własnej skórze, będąc niesłusznie posądzonym o kradzież marchwi. Zostałem wtedy okrutnie zbity i wtrącony na noc do bunkra. Na drugi dzień, gdy sprawa wyjaśniła się zostałem z niego uwolniony.
Codzienna praca przy budowie mostów wykonywaniu tynków, szalunków i stolarki wyczerpywała mnie coraz bardziej. I tak męczyłem się, aż do 12 lutego 1943 r kiedy to zostaliśmy zwolnieni z obozu. Z transportu 2500 ludzi pozostało zaledwie około 150 ludzi. Kto pozostał przy życiu opuszczał bramę obozową i szedł pieszo na stację.
Gdy załadowaliśmy się do wagonu ludzie widząc nas wynędzniałych i głodnych, obdarzyli nas żywnością. Kilku moich kolegów zmarło wówczas z przejedzenia.
Po powrocie do domu będąc bardzo wycieńczony i chory zacząłem się leczyć.
Gdy przed obozem ważyłem 95kg to po pobycie w obozie miałem zaledwie 62 kg.
W 1975 roku z przemówienia E. Gierka dowiedziałem się, że byli więźniowie obozów hitlerowskich otrzymają rentę, niestety pomimo moich usilnych starań po upływie dwóch lat renty nie otrzymałem.
Wspomnienia spisali
Andrzej Sójka i
Krzysztof Łaszcz
Dnia 20 V 1977r.
Wspomnienia uczestnika II wojny światowej pana Edwarda Styżeja; spisane przez uczennice klasy VIII Teresę Pawlas i Teresę Latos.
8 listopada 1938 roku poszedłem do wojska, jako poborowy do 9 pułku piechoty w Zamościu. Pięć miesięcy byłem w 9 pułku, a po przeszkoleniu 18 marca wyjechałem na rosyjską granicę do Batalionu Specjalnego. Na granicy szkoliliśmy się w fortecach. 9 sierpnia 1939 roku z rosyjskiej granicy wyjechałem na granicę niemiecką na Górny Śląsk i tam zajęliśmy okopy i dzień noc w tych okopach przebywaliśmy. Granica niemiecka byłą już obstawiona i czekaliśmy, kiedy Niemcy napadną na Polskę. 1 września 1939 roku o godzinie 4.45 najpierw wkroczyły niemieckie samoloty. Bez żadnego strzału poszły w głąb Polski. Wracając z powrotem otworzyły ogień z karabinów maszynowych i zaczęły bić do wojska. Ja w tym czasie otworzyłem ogień do samolotów, bez żadnego rozkazu. Wtedy „obciąłem” kawałek ogona samolotu niemieckiego. Po przejściu samolotów zaczęły otwierać ogień niemieckie czołgi artyleria i piechota. Wówczas polskie wojsko zaczęło bić do Niemców - piechota, artyleria i artyleria przeciwlotnicza. Do godz. 8.00 rano 1 września zdobyliśmy 15 samolotów niemieckich. Jednocześnie wzięliśmy do niewoli 20-stu Niemców. Cały dzień i całą noc toczyła się walka. W drugi dzień wojny został ranny w głowę nasz dowódca kapitan wojska. Na drugą noc otrzymaliśmy rozkaz wycofania się, ponieważ Niemcy okrążyli nas mimo uporczywej obrony naszych żołnierzy, Niemcy nieustannie nacierali, ponieważ mieli większą siłę i byli lepiej uzbrojeni. Polskie wojsko nie mając ani czołgów, ani samolotów broniło się zaciekle. Przez trzy tygodnie nie mieliśmy ani kawałka chleba i nie spaliśmy. Jedliśmy polne rośliny. W Tarnobrzegu zginął dowódca naszego Batalionu porucznik Kłosowski i wielu innych, których nazwisk nie pamiętam. 16 września dotarliśmy do Zwierzyńca, obstawiliśmy się w nocy koło pałacu Zamojskiego w parku. Nad ranem Niemcy dotarli do nas. O godz. 6 rano zabraliśmy 6 Niemców do niewoli i zabraliśmy 2 czołgi. Niemcy na nas nacierali my nie mogąc sobie dać rady, dostaliśmy rozkaz odwrotu do lasu. Z przeciwnej strony natarli na nas również Niemcy. Ja nie wiedząc co mam robić zacząłem uciekać na północ przez rzekę. Udało mi się uciec do lasu i tam spotkałem trzech towarzyszy i razem uciekaliśmy. We czterech przeszliśmy las i tam pierwszą od początku wojny noc przespaliśmy. Nadszedł dzień i wtedy idąc doszliśmy do wsi Majdanek, po cichu weszliśmy do mieszkania jakiegoś chłopa obawiając się, że tam mogą być Niemcy. Był tam oficer polski przebrany na cywila i powiedział do nas, abyśmy się przebrali i zastawili broń to jeszcze kiedyś przyda się, bo teraz Polska skapitulowała. 28 września 1939 roku wróciłem, do domu.
W czasie walk zginęli:
Sprawka Stefan z Gałęzowa
Kostrzewski Edward z Wincentówka
Szyszkowski Feliks z Krasławka
Sionkowski Władysław z Kolonii Zaraszów
Poś Aleksander z Majdanu
Śliz Edward z Zaraszowa

Myślę, powiem więcej - wiem na pewno, że niektórzy z użytkowników naszego portalu byli tymi wzorowymi uczniami. Zapraszam więc do lektury...
Wspomnienia byłego żołnierza kampanii wrześniowej, a później więźnia karnego obozu pracy w Dębicy pana Jana Furgała.
W 1934 r zostałem powołany do wojska jako żołnierz poborowy do II pułku artylerii ciężkiej w Chełmie.
Po zakończeniu służby wojskowej powróciłem do domu. We wrześniu jako rezerwista zostałem powołany do obrony Polski; zostaliśmy przerzuceni pod Kutno, gdzie brałem czynny udział w ciężkich i krwawych walkach. Spod Kutna zdziesiątkowani otrzymaliśmy rozkaz wycofania się z Bug w celu koncentracji sił. Lecz nadeszła smutna wiadomość, że 17 września ZSRR( Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich – a obecnie Rosja) wystąpił zbrojnie przeciw Polsce i zajął tereny leżące za Bugiem. Za Bug więc nie zdołaliśmy się wycofać i zaczęliśmy, zakopywać palić i topić broń. Po zniszczeniu broni i przebraniu w cywilne ubranie, wróciłem do domu. 10 września 1942 roku o świcie przyjechała żandarmeria niemiecka i urządziła we wsi łapankę; razem złapali nas 20 i wywieźli na Majdanek. Na Majdanku przebywałem 10 dni. W tym czasie przywieziono z innych okolic Polski około 2500 osób i całym transportem wywieźli nas do karnego obozu pracy w Dębicy.
W czasie transportu dużo ludzi zbiegało - ja także chciałem spróbować ucieczki, lecz nie mogłem dotrzeć do zbawiennego okienka wagonu towarowego. Po wyładowaniu nas w Dębicy Niemcy doliczyli się, że dużo ludzi brakuje, ustawili nas w trójki i jak wilki zajadłe nielitościwie pędzili nas strzelając do obozu. Na tej krwawej drodze długości trzech kilometrów dużo ludzi zginęło. W obozie zostaliśmy oddani w ręce Esesmanów. Pilnujący nas dotychczas Niemcy powiedzieli im, że jesteśmy partyzantami ujętymi w walce, co było nieprawdą. Po przybyciu do obozu - cały dzień o głodzie - byliśmy numerowani i znaczeni. Ja miałem numer obozowy 232. Na drugi dzień Niemcy wydali każdemu więźniowi 20 dkg chleba, 2 dkg margaryny i ½ l zielonej wody.
Czasem też otrzymywaliśmy kawę lub herbatę oczywiście bez cukru.
Po tak skromnym posiłku wysłali nas do pracy przy budowie drogi asfaltowej.
Po zakończeniu roboty dawano nam 1l zupy, która była nie do zjedzenia w czasie pokoju. Zupa gotowana była ze zgniłej kapusty, ziemniaków, buraków itp. Obiadu wogóle nie dawano. I tak było codziennie. Pracowaliśmy od świtu do nocy, aż do października 1942 roku. Przez całą zimę, gdy była słoneczna pogoda kładliśmy podkłady pod szyny. Gdy po pewnym czasie podarły mi się spodnie nie mając w czym chodzić, okręciłem gołe nogi workami po cemencie, a dopiero na wierzch zakładałem podarte spodnie.
W obozie była bardzo ostra i surowa dyscyplina, nie było więc możliwości słuchania radia i nic nie widzieliśmy o przebiegu wojny. Na Majdanku było znacznie lepiej; nie było przynajmniej tak surowej dyscypliny, jaka była w obozie w Dębicy.
Pod koniec 1942roku w obozie wybuchła epidemia czerwonki i tyfusu. Ludzie ginęli, jak muchy. Choroba nie ominęła i mnie. Jednak mój wyczerpany organizm cudem zdołał przezwyciężyć chorobę.
Na miejsce zmarłych i zamordowanych przywożono ludzi z różnych okolic Warszawy, Kielc, Nowego Sącza. Obóz zwany był głodową fabryką śmierci. Funkcję porządkowych w obozie pełnili Polacy tzw. kapowi. Ja miałem dobrego kapowego, był nim Wojciech Dzieduszycki, który po zakończeniu wojny występował w telewizji wrocławskiej jako śpiewak. Inni kapowi byli bardziej okrutni – miałem tego okazję odczuć na własnej skórze, będąc niesłusznie posądzonym o kradzież marchwi. Zostałem wtedy okrutnie zbity i wtrącony na noc do bunkra. Na drugi dzień, gdy sprawa wyjaśniła się zostałem z niego uwolniony.
Codzienna praca przy budowie mostów wykonywaniu tynków, szalunków i stolarki wyczerpywała mnie coraz bardziej. I tak męczyłem się, aż do 12 lutego 1943 r kiedy to zostaliśmy zwolnieni z obozu. Z transportu 2500 ludzi pozostało zaledwie około 150 ludzi. Kto pozostał przy życiu opuszczał bramę obozową i szedł pieszo na stację.
Gdy załadowaliśmy się do wagonu ludzie widząc nas wynędzniałych i głodnych, obdarzyli nas żywnością. Kilku moich kolegów zmarło wówczas z przejedzenia.
Po powrocie do domu będąc bardzo wycieńczony i chory zacząłem się leczyć.
Gdy przed obozem ważyłem 95kg to po pobycie w obozie miałem zaledwie 62 kg.
W 1975 roku z przemówienia E. Gierka dowiedziałem się, że byli więźniowie obozów hitlerowskich otrzymają rentę, niestety pomimo moich usilnych starań po upływie dwóch lat renty nie otrzymałem.
Wspomnienia spisali
Andrzej Sójka i
Krzysztof Łaszcz
Dnia 20 V 1977r.
Wspomnienia uczestnika II wojny światowej pana Edwarda Styżeja; spisane przez uczennice klasy VIII Teresę Pawlas i Teresę Latos.
8 listopada 1938 roku poszedłem do wojska, jako poborowy do 9 pułku piechoty w Zamościu. Pięć miesięcy byłem w 9 pułku, a po przeszkoleniu 18 marca wyjechałem na rosyjską granicę do Batalionu Specjalnego. Na granicy szkoliliśmy się w fortecach. 9 sierpnia 1939 roku z rosyjskiej granicy wyjechałem na granicę niemiecką na Górny Śląsk i tam zajęliśmy okopy i dzień noc w tych okopach przebywaliśmy. Granica niemiecka byłą już obstawiona i czekaliśmy, kiedy Niemcy napadną na Polskę. 1 września 1939 roku o godzinie 4.45 najpierw wkroczyły niemieckie samoloty. Bez żadnego strzału poszły w głąb Polski. Wracając z powrotem otworzyły ogień z karabinów maszynowych i zaczęły bić do wojska. Ja w tym czasie otworzyłem ogień do samolotów, bez żadnego rozkazu. Wtedy „obciąłem” kawałek ogona samolotu niemieckiego. Po przejściu samolotów zaczęły otwierać ogień niemieckie czołgi artyleria i piechota. Wówczas polskie wojsko zaczęło bić do Niemców - piechota, artyleria i artyleria przeciwlotnicza. Do godz. 8.00 rano 1 września zdobyliśmy 15 samolotów niemieckich. Jednocześnie wzięliśmy do niewoli 20-stu Niemców. Cały dzień i całą noc toczyła się walka. W drugi dzień wojny został ranny w głowę nasz dowódca kapitan wojska. Na drugą noc otrzymaliśmy rozkaz wycofania się, ponieważ Niemcy okrążyli nas mimo uporczywej obrony naszych żołnierzy, Niemcy nieustannie nacierali, ponieważ mieli większą siłę i byli lepiej uzbrojeni. Polskie wojsko nie mając ani czołgów, ani samolotów broniło się zaciekle. Przez trzy tygodnie nie mieliśmy ani kawałka chleba i nie spaliśmy. Jedliśmy polne rośliny. W Tarnobrzegu zginął dowódca naszego Batalionu porucznik Kłosowski i wielu innych, których nazwisk nie pamiętam. 16 września dotarliśmy do Zwierzyńca, obstawiliśmy się w nocy koło pałacu Zamojskiego w parku. Nad ranem Niemcy dotarli do nas. O godz. 6 rano zabraliśmy 6 Niemców do niewoli i zabraliśmy 2 czołgi. Niemcy na nas nacierali my nie mogąc sobie dać rady, dostaliśmy rozkaz odwrotu do lasu. Z przeciwnej strony natarli na nas również Niemcy. Ja nie wiedząc co mam robić zacząłem uciekać na północ przez rzekę. Udało mi się uciec do lasu i tam spotkałem trzech towarzyszy i razem uciekaliśmy. We czterech przeszliśmy las i tam pierwszą od początku wojny noc przespaliśmy. Nadszedł dzień i wtedy idąc doszliśmy do wsi Majdanek, po cichu weszliśmy do mieszkania jakiegoś chłopa obawiając się, że tam mogą być Niemcy. Był tam oficer polski przebrany na cywila i powiedział do nas, abyśmy się przebrali i zastawili broń to jeszcze kiedyś przyda się, bo teraz Polska skapitulowała. 28 września 1939 roku wróciłem, do domu.
W czasie walk zginęli:
Sprawka Stefan z Gałęzowa
Kostrzewski Edward z Wincentówka
Szyszkowski Feliks z Krasławka
Sionkowski Władysław z Kolonii Zaraszów
Poś Aleksander z Majdanu
Śliz Edward z Zaraszowa