Aktualny czas: 13-12-2017, 8:11 Rejestracja

Tryb Wyświetlania Tryb drzewa | Tryb normalny
Wspomnienia z czasów wojny


Offline elkr@ saat07-03-2011, 17:31,
Post: #1
Moderator
*****
Liczba postów: 31
Liczba wątków: 4
Dołączył: 08.01.2011
Reputacja: 15
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07-03-2011, 17:56 przez elkr@.)
Pewnie znajdziemy tu kilka osób, którzy zechcą poczytać o wspomnieniach z czasów II wojny światowej mieszkańców Zaraszowa i okolic. A zapewniam, że warto. Materiały pochodzą ze szkolnego archiwum. Odnalazła je Pani Dyrektor Bożena Koziej. Postanowiliśmy zamienić je na dokumenty elektroniczne (naturalnie zachowując oryginalną treść). Pochodzą sprzed mniej więcej 30 lat! Skąd takie materiały w szkole? Z dużym prawdopodobieństwem możemy powiedzieć, że ich pomysłodawcą był Pan Witold Milanowski (długoletni Dyrektor naszej szkoły), który zapewne wiele lat temu zadał swoim uczniom pracę domową... No i dziatwa wykonała ją wzorowo Smile
Myślę, powiem więcej - wiem na pewno, że niektórzy z użytkowników naszego portalu byli tymi wzorowymi uczniami. Zapraszam więc do lektury...
Wspomnienia byłego żołnierza kampanii wrześniowej, a później więźnia karnego obozu pracy w Dębicy pana Jana Furgała.

W 1934 r zostałem powołany do wojska jako żołnierz poborowy do II pułku artylerii ciężkiej w Chełmie.
Po zakończeniu służby wojskowej powróciłem do domu. We wrześniu jako rezerwista zostałem powołany do obrony Polski; zostaliśmy przerzuceni pod Kutno, gdzie brałem czynny udział w ciężkich i krwawych walkach. Spod Kutna zdziesiątkowani otrzymaliśmy rozkaz wycofania się z Bug w celu koncentracji sił. Lecz nadeszła smutna wiadomość, że 17 września ZSRR( Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich – a obecnie Rosja) wystąpił zbrojnie przeciw Polsce i zajął tereny leżące za Bugiem. Za Bug więc nie zdołaliśmy się wycofać i zaczęliśmy, zakopywać palić i topić broń. Po zniszczeniu broni i przebraniu w cywilne ubranie, wróciłem do domu. 10 września 1942 roku o świcie przyjechała żandarmeria niemiecka i urządziła we wsi łapankę; razem złapali nas 20 i wywieźli na Majdanek. Na Majdanku przebywałem 10 dni. W tym czasie przywieziono z innych okolic Polski około 2500 osób i całym transportem wywieźli nas do karnego obozu pracy w Dębicy.
W czasie transportu dużo ludzi zbiegało - ja także chciałem spróbować ucieczki, lecz nie mogłem dotrzeć do zbawiennego okienka wagonu towarowego. Po wyładowaniu nas w Dębicy Niemcy doliczyli się, że dużo ludzi brakuje, ustawili nas w trójki i jak wilki zajadłe nielitościwie pędzili nas strzelając do obozu. Na tej krwawej drodze długości trzech kilometrów dużo ludzi zginęło. W obozie zostaliśmy oddani w ręce Esesmanów. Pilnujący nas dotychczas Niemcy powiedzieli im, że jesteśmy partyzantami ujętymi w walce, co było nieprawdą. Po przybyciu do obozu - cały dzień o głodzie - byliśmy numerowani i znaczeni. Ja miałem numer obozowy 232. Na drugi dzień Niemcy wydali każdemu więźniowi 20 dkg chleba, 2 dkg margaryny i ½ l zielonej wody.
Czasem też otrzymywaliśmy kawę lub herbatę oczywiście bez cukru.
Po tak skromnym posiłku wysłali nas do pracy przy budowie drogi asfaltowej.
Po zakończeniu roboty dawano nam 1l zupy, która była nie do zjedzenia w czasie pokoju. Zupa gotowana była ze zgniłej kapusty, ziemniaków, buraków itp. Obiadu wogóle nie dawano. I tak było codziennie. Pracowaliśmy od świtu do nocy, aż do października 1942 roku. Przez całą zimę, gdy była słoneczna pogoda kładliśmy podkłady pod szyny. Gdy po pewnym czasie podarły mi się spodnie nie mając w czym chodzić, okręciłem gołe nogi workami po cemencie, a dopiero na wierzch zakładałem podarte spodnie.
W obozie była bardzo ostra i surowa dyscyplina, nie było więc możliwości słuchania radia i nic nie widzieliśmy o przebiegu wojny. Na Majdanku było znacznie lepiej; nie było przynajmniej tak surowej dyscypliny, jaka była w obozie w Dębicy.
Pod koniec 1942roku w obozie wybuchła epidemia czerwonki i tyfusu. Ludzie ginęli, jak muchy. Choroba nie ominęła i mnie. Jednak mój wyczerpany organizm cudem zdołał przezwyciężyć chorobę.
Na miejsce zmarłych i zamordowanych przywożono ludzi z różnych okolic Warszawy, Kielc, Nowego Sącza. Obóz zwany był głodową fabryką śmierci. Funkcję porządkowych w obozie pełnili Polacy tzw. kapowi. Ja miałem dobrego kapowego, był nim Wojciech Dzieduszycki, który po zakończeniu wojny występował w telewizji wrocławskiej jako śpiewak. Inni kapowi byli bardziej okrutni – miałem tego okazję odczuć na własnej skórze, będąc niesłusznie posądzonym o kradzież marchwi. Zostałem wtedy okrutnie zbity i wtrącony na noc do bunkra. Na drugi dzień, gdy sprawa wyjaśniła się zostałem z niego uwolniony.
Codzienna praca przy budowie mostów wykonywaniu tynków, szalunków i stolarki wyczerpywała mnie coraz bardziej. I tak męczyłem się, aż do 12 lutego 1943 r kiedy to zostaliśmy zwolnieni z obozu. Z transportu 2500 ludzi pozostało zaledwie około 150 ludzi. Kto pozostał przy życiu opuszczał bramę obozową i szedł pieszo na stację.
Gdy załadowaliśmy się do wagonu ludzie widząc nas wynędzniałych i głodnych, obdarzyli nas żywnością. Kilku moich kolegów zmarło wówczas z przejedzenia.
Po powrocie do domu będąc bardzo wycieńczony i chory zacząłem się leczyć.
Gdy przed obozem ważyłem 95kg to po pobycie w obozie miałem zaledwie 62 kg.
W 1975 roku z przemówienia E. Gierka dowiedziałem się, że byli więźniowie obozów hitlerowskich otrzymają rentę, niestety pomimo moich usilnych starań po upływie dwóch lat renty nie otrzymałem.



Wspomnienia spisali
Andrzej Sójka i
Krzysztof Łaszcz
Dnia 20 V 1977r.

Wspomnienia uczestnika II wojny światowej pana Edwarda Styżeja; spisane przez uczennice klasy VIII Teresę Pawlas i Teresę Latos.

8 listopada 1938 roku poszedłem do wojska, jako poborowy do 9 pułku piechoty w Zamościu. Pięć miesięcy byłem w 9 pułku, a po przeszkoleniu 18 marca wyjechałem na rosyjską granicę do Batalionu Specjalnego. Na granicy szkoliliśmy się w fortecach. 9 sierpnia 1939 roku z rosyjskiej granicy wyjechałem na granicę niemiecką na Górny Śląsk i tam zajęliśmy okopy i dzień noc w tych okopach przebywaliśmy. Granica niemiecka byłą już obstawiona i czekaliśmy, kiedy Niemcy napadną na Polskę. 1 września 1939 roku o godzinie 4.45 najpierw wkroczyły niemieckie samoloty. Bez żadnego strzału poszły w głąb Polski. Wracając z powrotem otworzyły ogień z karabinów maszynowych i zaczęły bić do wojska. Ja w tym czasie otworzyłem ogień do samolotów, bez żadnego rozkazu. Wtedy „obciąłem” kawałek ogona samolotu niemieckiego. Po przejściu samolotów zaczęły otwierać ogień niemieckie czołgi artyleria i piechota. Wówczas polskie wojsko zaczęło bić do Niemców - piechota, artyleria i artyleria przeciwlotnicza. Do godz. 8.00 rano 1 września zdobyliśmy 15 samolotów niemieckich. Jednocześnie wzięliśmy do niewoli 20-stu Niemców. Cały dzień i całą noc toczyła się walka. W drugi dzień wojny został ranny w głowę nasz dowódca kapitan wojska. Na drugą noc otrzymaliśmy rozkaz wycofania się, ponieważ Niemcy okrążyli nas mimo uporczywej obrony naszych żołnierzy, Niemcy nieustannie nacierali, ponieważ mieli większą siłę i byli lepiej uzbrojeni. Polskie wojsko nie mając ani czołgów, ani samolotów broniło się zaciekle. Przez trzy tygodnie nie mieliśmy ani kawałka chleba i nie spaliśmy. Jedliśmy polne rośliny. W Tarnobrzegu zginął dowódca naszego Batalionu porucznik Kłosowski i wielu innych, których nazwisk nie pamiętam. 16 września dotarliśmy do Zwierzyńca, obstawiliśmy się w nocy koło pałacu Zamojskiego w parku. Nad ranem Niemcy dotarli do nas. O godz. 6 rano zabraliśmy 6 Niemców do niewoli i zabraliśmy 2 czołgi. Niemcy na nas nacierali my nie mogąc sobie dać rady, dostaliśmy rozkaz odwrotu do lasu. Z przeciwnej strony natarli na nas również Niemcy. Ja nie wiedząc co mam robić zacząłem uciekać na północ przez rzekę. Udało mi się uciec do lasu i tam spotkałem trzech towarzyszy i razem uciekaliśmy. We czterech przeszliśmy las i tam pierwszą od początku wojny noc przespaliśmy. Nadszedł dzień i wtedy idąc doszliśmy do wsi Majdanek, po cichu weszliśmy do mieszkania jakiegoś chłopa obawiając się, że tam mogą być Niemcy. Był tam oficer polski przebrany na cywila i powiedział do nas, abyśmy się przebrali i zastawili broń to jeszcze kiedyś przyda się, bo teraz Polska skapitulowała. 28 września 1939 roku wróciłem, do domu.
W czasie walk zginęli:
Sprawka Stefan z Gałęzowa
Kostrzewski Edward z Wincentówka
Szyszkowski Feliks z Krasławka
Sionkowski Władysław z Kolonii Zaraszów
Poś Aleksander z Majdanu
Śliz Edward z Zaraszowa


Znajdź wszystkie posty użytkownikaZnajdź
Offline elkr@ saat29-05-2011, 22:47,
Post: #2
Moderator
*****
Liczba postów: 31
Liczba wątków: 4
Dołączył: 08.01.2011
Reputacja: 15
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29-05-2011, 23:02 przez elkr@.)
Wspomnienia z lat wojny byłego uczestnika walk o Monte Cassino - Kaprala Andrzeja Dumy.
Miałem lat 40, gdy zaskoczyła mnie II wojna światowa rozpętana przez wojska hitlerowskie. Wraz z innymi towarzyszami stawaliśmy napastnikowi czoło w lasach janowskich jako partyzanci. Później dostaliśmy się do niewoli niemieckiej. Kiedy Hitler uderzył na ZSRR uciekliśmy i dostaliśmy się do Turkiestanu. Tu właśnie uformowała się, gdzieś mniej więcej w 1941 roku dywizja, która dzieliła się na dwie brygady I i II Podhalańską. Należałem do II Brygady Podhalańskiej, której dowódcą był Anders z pochodzenia Polak. W Turkiestanie przeprowadziliśmy wiele potyczek z Niemcami, których większa część kończyła się zwycięstwami. Z Turkiestanu w 1942 roku przerzuceni zostaliśmy na front południowy (Irak, Iran, Turcja), gdzie przeprowadziliśmy wiele ofensyw. Później na samochodach i okrętach dostaliśmy się do Egiptu, gdzie broniliśmy Kanału Sueskiego. I wreszcie…był rok 1942 pamiętna bitwa pod Tobrukiem (Libia), bitwa w której polała się polska krew. Nawet i tu na Czarnym Lądzie żołnierz polskich oddziałów walczył z hitlerowcami. Mimo znacznej przewagi militarnej nieprzyjaciela żołnierze Polscy pomścili się na klęsce wrześniowej. Dzięki temu zwycięstwu Libia stała się wolna. W 1944 roku przerzuceni zostajemy na front włoski. Począwszy od Reggio di Calabria toczymy zwycięskie bitwy. Bitwy o każdy skrawek ziemi włoskiej. Lała się po to, aby hitleryzm został raz na zawsze zniszczony. I tak, przez wielki kawał ziemi w którą lała się krew polska dotarliśmy do Monte Cassino. Wielki szczyt sterczał nad ziemią włoską. Zdawałoby się, że niczym nie różni się od innych szczytów, a jednak tam krył się ostatek hitleryzmu. Krył się w ogromnych bunkrach, które nie były tylko ze stali, ale też z betonu i na tym pół metrowa warstwa gumy. Niemcy tak zabezpieczyli bunkry myśląc o bombach, które zrzucane były przez lotników amerykańskich, angielskich, polskich i francuskich dzień w dzień. Na szczycie we mgle widniał klasztor, na którym miała zawisnąć polska flaga. A oto chwila, którą najbardziej pamiętam: ,,jako patrol ruszyliśmy we trzech szlakiem na Monte Cassino. Był 9 maj, przed nami droga ciężka i niebezpieczna. Cały obszar szczytu był zaminowany. Tak likwidując miny dotarliśmy do wysokości 2100m. Gdzieś 700m przed nami widzieliśmy klasztor. Aż tu, niby spod ziemi wyrastają Niemcy. Rzucaliśmy w nich granatami, ale ich było znacznie więcej. Dostałem jakimś odłamkiem w lewą łopatkę, ale mogłem nadążyć za towarzyszami. Wreszcie po wielu trudach dostaliśmy się do obozu. W nocy poczułem upływ krwi: zrozumiałem, byłem ciężko ranny”. Później już w szpitalu otrzymuję wiadomość, że szczyt Monte Cassino w dniu 18 maja 1945 roku został zdobyty. Lotnicy zamiast bomb użyli beczek ze smołą i benzyną, które podpalili i zrzucali na szczyt. Później toczyliśmy zacięte walki w Alpach. Stąd przedostałem się do Ankony, a później do Anglii, skąd prosto do ojczyzny. Jednak Polska nie zapomniała o mnie - za walkę i poświęcenie otrzymałem Krzyż Walecznych oraz Medal Wolności i Zwycięstwa.


Zredagował i opisał Wiesław Bartoszek

Wywiad przeprowadzony przez uczennicę Helenę Kowalik z uczestnikiem II wojny światowej panem Kowalikiem Stefanem.
W 1937 roku poszedłem do wojska, dwa lata służyłem w wojsku, potem wybuchła wojna. Służbę czynną odbywałem w 12 pułku ułanów w Krzemieniu.
Na 3 tygodnie przed wojną cały nasz pułk wyjechał na granicę niemiecką w okolice Brzeziny i Mokre po to, aby rozpoznać się w okolicznych terenach. Ostatniego sierpnia już wiedzieliśmy, że wybuchnie wojna, wydano nam amunicję i nocą doszliśmy do granicy. Rano dnia 1 IX o godz. 3 oddziały niemieckie i piechota, oddziały motoryzacyjne zaczęły kierować się w kierunku granicy polsko-niemieckiej. Artyleria niemiecka oddała kilka strzałów jako znak wybuchu II wojny światowej. Niemcy ruszyły na Polskę, nasz 12 pułk znajdował się na pierwszej linii ognia. Cała brygada pod dowództwem gen. Bortnowskiego dzielnie stawiała opór przerażającej sile wroga. Broniliśmy się 3 doby . Większa część żołnierzy poległa, dużo oficerów było rannych zaraz w pierwszych dniach wybuchu wojny. Nieprzyjaciel najwięcej walczył w powietrzu. Nocą bardzo dzielnie odpieraliśmy wroga, gdyż w dzień nie było to możliwe, ponieważ wróg bił z powietrza. Żołnierze mimo dzielnej postawy i chęci do walki nie mogli walczyć, gdyż brak było broni. Po 4 dniach front był przerwany i niemiecki okupant poszedł daleko naprzód. Lecz wojska polskie nadal stawiały duży opór. Z bronią ręczną żołnierze nasi rzucali się na czołgi i różnego rodzaju ciężkie działa. Potem poszliśmy w kierunku Kutna; tam walczyliśmy zacięcie kilka dni, jak się okazało podczas bohaterskich walk dużo zginęło polskich żołnierzy i Niemców. Później - z Kutna - pozbierane resztki polskich żołnierzy wysłano do Warszawy. Ja wraz z towarzyszami broni dostaliśmy się do niewoli. Z Warszawy odtransportowali nas pieszo do Torunia. Ci jeńcy co nie byli w obronie . Warszawy zostali zwolnieni do domu. A ci, którzy bronili Warszawy zostali zabrani i wywiezieni do niewoli do Niemiec na ciężkie roboty. Tam zostaliśmy podzieleni na małe grupy i porozsyłani na roboty. Ci, którzy dostali się do gospodarzy to mieli nieźle, a ja byłem na rządowej robocie, przez trzy lata. Później wszystkich jeńców zmuszali do podpisania karty do cywila. Jednostki w której byłem ja nie chciały podpisać. Z naszego obozu nie podpisało 120 osób i wywieźli nas do karnego obozu. Chodziłem na ciężkie prace. Żołnierz, który nie podpisał karty nosił polski mundur, a cywilne osoby nie miały żadnego prawa. W karnym obozie dostawaliśmy litr zupy i 40 dag chleba na dobę i pracowaliśmy przy regulacji rzeki. Pilnowało nas 20 żołnierzy niemieckich. Ze 120 zostało nas 22, zmarli z choroby, zimna i głodu. Po przebyciu karnego obozu ci którzy przeżyli zostali wywiezieni na Kanał Kiloński. Widząc, że stąd nigdzie nie uciekniemy rozesłali nas do indywidualnych gospodarstw, tam dopiero odżyliśmy. Od morza znajdowałem się w odległości 5 km. Tereny te były silnie bombardowane przez wojska angielskie i amerykańskie. W czasie tego bombardowania zginęło bardzo dużo ludzi. Anglicy i Amerykanie bombardowali dniem i nocą przez siedem dób. Podczas bombardowania tego miasta zginął mój kolega z Kiełczewic, który nazywał się Choiński. 9 maja 1945 roku rozeszła się wszędzie wieść o kapitulacji Niemiec. Po kapitulacji nasz teren zajęli Anglicy i niewolnicy, ci którzy nie podpisywali karty, jako cywile przydzieleni zostali do osobnych obozów. W obozach tych znajdowaliśmy się razem z wojskiem angielskim. Przez pół roku dostawaliśmy paczki (pięciokilogramowe na tydzień) z Ameryki i Anglii z Czerwonego Krzyża.
Oficerowie Polscy wraz z oficerami angielskimi chcieli zorganizować armię i iść z wojskiem angielskim, albo iść do pracy, albo wracać do kraju. Była możliwość wyjazdu za granicę, ale ja wróciłem do kraju.
Znajdź wszystkie posty użytkownikaZnajdź
Offline Jurek saat29-05-2011, 23:30,
Post: #3
Administrator
*******
Liczba postów: 464
Liczba wątków: 197
Dołączył: 31.12.2010
Reputacja: 11
Pouczające i nie zwykłe!!!
Zdawało by, okrutne czasy...
Tak. Takie były.
Ale, nie podważając., czy jest lepiej, prościej?
Czy !! Człowiek??, Ludzkość, się nauczyły?
I to jest naj!!! ważniejejszy powód. by pamiętać o historii.
"When power of love overcomes love of power, world will know peace." Bob Marley
Strona WWW Znajdź wszystkie posty użytkownikaZnajdź




Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Autor Wiadomość