Aktualny czas: 11-12-2017, 12:02 Rejestracja

Tryb Wyświetlania Tryb drzewa | Tryb normalny
Lotny Oddział Partyzancki AK "Nerwa"


Offline MiB saat02-03-2011, 17:49,
Post: #1
Zaraszowiak
***
Liczba postów: 47
Liczba wątków: 18
Dołączył: 16.02.2011
Reputacja: 22
Bardzo ciekawa strona odnosząca się do Lotny Oddział Partyzancki 8 pp leg. AK „Nerwa” działający w naszych okolicach,zamieszczone są tam wspomnienia żołnierzy z akcji w Woli Dużej koło Bychawy lub gdy stacjonowali we wsi Dragany (Wysokie).
Powstał jesienią 1943 roku i istniał do końca lipca 1944 roku.

Poniżej zamieszczam link do bloga:

http://oddzialpartyzanckinerwa.blogspot.com/


Zamieszczam część opisu z akcji w Wola Duża:

Pod koniec lipca 1944 roku oddział "Nerwy", a właściwie konny zwiad stoczył ostatnią walkę z niemieckimi żołnierzami we wsi Wola Duża koło Bychawy,

Po koncentracji oddziałów Armii Krajowej 8 pp leg, pod dowództwem kpt. „Młota” , rozpoczęliśmy entuzjastycznie przez nas powitany marsz na Lublin, Pierwszy maszerował oddział „Nerwy”, Przechodząc w okolicy wsi Duża Wola zwiad, który szedł jako szpica, natknął się na grupę ludzi okrywających się w zbożu przed cofającymi się z frontu oddziałami niemieckimi. Powiedziano nam, że we wsi znajdują się Niemcy grabiący gospodarstwa.
Złożyłem raport ppor. „Nerwie”, który polecił mnie przygotowanie części zwiadu do akcji. Ochotniczo dołączyli kpr. Pchor. ”Zawichost” / Tadeusz Cenzartowicz/ oraz kpr. „Łyżka” /Michał Dudziak/, biorąc konie od zwia¬dowców. Łącznie wyruszyło nas dziesięciu, Reszta zwiadu została jako szpica oddziałów maszerujących w stronę Lublina,
Przejechaliśmy główną drogą przez wieś i nie natrafiliśmy na niemieckich żołnierzy, Gospodarstwa były puste, bramy i drzwi pootwierane, Gdzieniegdzie ślady podpaleń. Dopiero na końcu wsi zobaczyliśmy kilku starszych ludzi, którzy pokazali nam kierunek u jakim udali się Niemcy. Na pytanie ilu ich było ? - Odpowiedzieli, że 4 czy 5 podwód konnych.
Wydłużyliśmy kłus. Dojechaliśmy do parowu prowadzącego do gospodarstw wyżej położonych. Parów był dość głęboki i znajdujący się na górze Niemcy nie magli nas dojrzeć. Podjechaliśmy wolno wyżej i zobaczyliśmy w odległości około 100 metrów od drogi żołnierzy niemieckich plądrujących gospodarstwo.
Rozkaz "Nerwy" brzmiał: „z koni, dwóch zostaje przy koniach reszta tyralierą przez zboże da gospodarstwa".
Podchodząc do zabudowań przez ogród z licznymi drzewami owocowymi, stanęliśmy oko w oko z dużą grupą Niemców. Naprzeciw nich z bronią gotową do strzału stali od lewej: „Blask” /Mirosław Wójcicki/, ja-„Bemol” „Nerwa” , "Łyżka"", "Zawichost", "Kmicic" /Tadeusz Winiarczyk/. Pozostałych dwóch żołnierzy zostało w zbożu z karabinami gotowymi do strzału.
„Ungarn” ? - zapytali Niemcy. "Nein, Polnische Pnrtisanen” -odpowiedzieliśmy łamaną niemczyzną. Zaskoczenie Niemców było całkowite. Niektórzy widząc naszą twardą postawą oraz skierowane przeciw nim pistolety maszynowo rzucali broń innym zdejmowaliśmy z ramion karabiny sami. Oficer dowodzący oddziałem zdjął pas z pistoletem i rzucił na ziemią, Wszystko wskazywało na to, że rozbroimy oddział bez strzału, ba czym szczególnie nam zależało ze wzglądu na bliskość oddziałów niemieckich maszerujących niedaleko po szosie w kierunku na Bychawą.
Nie dojrzeliśmy jednakże ukrytego za rogiem stodoły karabinu maszynowego nieprzyjaciela. Pierwsza jego seria przecięła na pół stojącego obok mnie „Blaska”. Rozpoczęła się strzelanina. Goniliśmy Niemców pa ogrodzie i zabudowaniach „prując” do nich całymi seriami z pistoletów maszynowych. Zmusiliśmy ich do wycofywanie się z gospodarstwa. Ranny został „Kmicic”.
Ponieważ w odległości ok. 2 kilometrów od miejsca akcji przechodziły szosą wycofujące się z frontu wojska niemieckie z bronią pancerną, musieliśmy szybko usunąć się na bezpieczną odległość. Zebraliśmy zdobytą bron, „Kmicica” załadowaliśmy na podwodę i galopom pojechaliśmy do sąsiedniej wsi do zaprzyjaźnionego gospodarza, aby udzielić rannemu pomocy. Towarzyszyły nam wybuchy z działek czołgów z szosy.
Wieczorem, ale jeszcze przy dziennym świetle, udaliśmy się ponownie na miejsce akcji, ażeby zorientować się w skutkach walki a przede wszystkim polecić okolicznym gospodarzom pochowanie naszego kolegi „Blaska” na cmentarzu w Bychawie, gdzie leżało już kilku naszych chłopców. Powiedziano nam, że zginęło ośmiu Niemców, rannych zabrali żołnierze.
Po północy spotkaliśmy naszych w towarzystwie żołnierzy radzieckich. Było to we wsi Polanówka.
Amor Patriae Nostra Lex” (łac. Miłość Ojczyzny Naszym Prawem)
Znajdź wszystkie posty użytkownikaZnajdź
Offline MiB saat08-03-2011, 18:29,
Post: #2
Zaraszowiak
***
Liczba postów: 47
Liczba wątków: 18
Dołączył: 16.02.2011
Reputacja: 22
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08-03-2011, 18:37 przez MiB.)
"Partyzanckie noce" - Wspomnienia Jan Onoszko "Jacyna"
Jan Onoszko
Pseud. „Jacyna „
III drużyna II/b pp AK



Partyzanckie noce

Gdy słońce chowało się za horyzontem a ziemię pokrywał zmrok, budziła się noc partyzancka. W pozornie cichej wsi zaczynał się ożywiony ruch. Z chat wychodzili ludzie z bronią i ekwipunkiem wojskowym. Na wiejski gościniec wyjeżdżały, zależnie od pory roku, sanie lub wozy. Po krótkiej zbiórce poszczególne drużyny rozchodziły się do swoich wozów. To lotny oddział partyzancki AK „Nerwa” szykował się do zmiany miejsca postoju. Warunki bezpieczeństwa żołnierzy, jak i miejscowej ludności, wymagały aby w terenie mało zalesionym jakim była Lubelszczyzna zmiany miejsca postoju odbywały się prawie codziennie.
Na czoło kolumny wozów wysuwała się drużyna służbowa, do której należało ubezpieczanie przednie oddziału. Bez względu na pogodę - czy w śnieżną zamieć, czy w mroźną noc księżycową, czy też w wiosenna deszczowe roztopy, gdy koła wozów i buty zapadały się głęboko w błotnistym gościńcu - partyzanci cicho opuszczali wieś i znikali w zmroku.
Jechaliśmy w absolutnej ciemności, papierosa można było zapalić tylko na wyraźną komendę i to w rękawie. Czasem błysnęła przyćmiona latarka potrzebna do sprawdzenia na mapie kierunku marszu.
Mimo, że od tamtych czasów upłynęło wiele lat i skronie pokryła siwizna, wracam myślą do tych nocy partyzanckich, z których kilka szczególnie utkwiło mi w pamięci.

1. Pierwsza noc

Wreszcie jest, oczekiwany niecierpliwie od kilku dni, kontakt na oddział partyzancki. „Zawichost” ma przyjść wieczorem z łącznikiem do mieszkania siostry „Natara” i stamtąd mamy odmaszerować. O umówionej godzinie przychodzą obaj. Łącznikiem jest pchor. „Tur” - w krótkim kożuszku, oczywiście w oficerkach. Krótkie powitanie i odmarsz. W przedpokoju „Tur” pyta mnie: Macie broń ? Odpowiadam; Nie - macie tu rewolwer, ale ostrożnie bo bez zabezpieczania i podaje mi potężnego „Colta”, którego w półmroku zatykam za pas. Na placu Bychawskim dochodzą pozostali koledzy. Żegnamy się z „Zawichostem”, który ma dołączyć w najbliższych dniach i maszerujemy ulicą Bychawską aż za kościółek. Koniec miasta, wśród ostatnich zabudowań stoją ukryte sanie a przy nich kilku ludzi. „Tur” składa meldunek mężczyźnie w długim baranim kożuchu, to dowódca oddziału ppor. „Nerwa” witamy się i przedstawiamy. Pada komenda siadać na sanie i odjazd. Skręcamy w gościniec /obecnie ul. Zemborzycka/ i mkniemy po śniegu do lasu Dąbrowa. Pięknie wygląda las w zimowym śnie przy bezchmurnym niebie. Kolega powożący opowiada nam o niedawnej przygodzie jaka spotkała ich w tym lesie. "Jedziemy przez las jak teraz, nagle z przeciwka widać jakieś cienie. Wołamy; Stój - kto jedzie słychać odpowiedź - polscy partyzanci. Więc my prosimy by jeden od nich i od nas spotkali się dla rozpoznania. Zaległa cisza, która zaczęła przedłużać się niebezpiecznie. Zniecierpliwieni podchodzimy ostrożnie do widocznych z dała sań. Ludzi ani śladu, na saniach różna garderoba i połowa świni. Po prostu bandyci wracali z napadu i gdy zorientowali się z kim mają do czynienia – uciekli. Dobrze wiedzieli, że gdy wpadną w nasze ręce, to za rozbój czeka ich śmierć. Zabraliśmy sanie i w najbliższej wsi przekazaliśmy sołtysowi
zrabowany dobytek." Nasza podróż minęła bez niespodzianek. Dotarliśmy do oddziału, którym dowodził w zastępstwie „Nerwy” zca dcy oddziału pchor. „Sęk” w tym dniu; wraz ze mną dołączyli do oddziała podchorążowie: „Hak”", „Natar”, „Nałęcz” „Rap”i „Wójt” wtedy też utworzona została III-cia drużyna, do której weszliśmy ja i „Hak”. Ponieważ nie było na razie dla nas żadnej funkcji z chęcią podjęliśmy zwykłą służbę żołnierską pierwszym moim wyposażeniem bojowym był dany mi jeszcze w Lublinie „Colt” kaliber 11 mm, oraz niemiecki granat „tłuczek”. Tak minęła moja pierwsza noc w oddziale

2. Łaźnia
Warunki higieny osobistej w zimie były okropne. Nieraz przychodziło nam kwaterować w małych ciemnych izbach i spać pokotem na klepisku na rozwożonej słomie niezależnie od tego czy buty mieliśmy przemoknięte czy suche zdjąć je można było jedynie na rozkaz i na stosunkowo krótką część nocy poranna toaleta w zimie Była z konieczności również bardzo powierzchowna. W tej sytuacji dowódca postanowił udostępnić nam na jedną noc łaźnię miejską w Bychawie.
W cichą i bardzo mroźną noc podjechaliśmy saniami pod budynek łaźni. Podzieliliśmy się na dwie grupy. Połowa oddziału kąpała się druga połowa na zewnątrz czuwała i na zmianę W łaźni było gorąco, przy skąpym świetle lampy naftowej chłopcy rozkoszowali się kąpielą. Nastąpiła zmiana, rozgrzani kąpielą objęli posterunki na zewnątrz. Gdy wszyscy już byli gotowi padła komenda na sanie. Po kilku, minutach jazdy ostygliśmy po kąpieli i zaczęło nas przenikać straszne zimno. Początkowo nieśmiało, później coraz głośniej zaczęliśmy wołać: Panie poruczniku zimno. Padła komenda: z sań, biegiem marsz, padnij, biegiem i znów padnij i tak przez kilkanaście minut padaliśmy w śnieg i biegliśmy dalej, przeklinając tę całą kąpiel. Aż do samych kwater już nie jechaliśmy lecz szliśmy piechotą. Uratowaliśmy się wprawdzie przed zapaleniem płuc, ale dobrnęliśmy na miejsce postoju tak samo brudni i spoceni jak przed kąpielą.

3.Nocny alarm
Maszerujemy w odwilżową noc lutową wozy zapadają się w rozmokłych błotnistych koleinach. Coraz musimy schodzić z wozów i pomagać koniom wyciągać je z błota, buty oblepia mokra maź. Wreszcie padając ze zmęczenia dochodzimy do wsi gdzie mamy kwaterować. Dowódca wyznacza kwatery. Stukaniem w okna budzimy domowników. Gospodarz przynosi ze stodoły snopki słomy. Szykujemy na podłodze posłanie, areszcie kładziemy się spać. Wolno zdjąć buty, jeszcze tylko niektórzy wpychają do butów słomę, aby choć trochę wyciągnąć z nich wilgoć. Zaczynamy już drzemać nagle w drzwiach staje wartownik i woła; alarm - wychodzić z bronią , niezdarnie mocujemy się z mokrymi butami i nakładamy płaszcze. Znów z trzaskiem otwierają się drzwi, widać na koniu ppor. „Nerwę”, który beszta nas, że dotąd jesteśmy w chałupie a tu miejscowi gospodarze już walczą z Niemcami. To nam dodaje bodźca, -wypadamy z chaty, zajmujemy wskazane stanowiska. - wokół cisza nocna. Nie słychać żadnych strzałów. Gdzieś samotnie poszczekuje pies. Ki diabeł ? — okazało się, że to był próbny alarm. Rozchodzimy się na kwatery. Teraz już wreszcie można spać.

Maj 1944 Kol. Kosarzew Żołnierze "Nerwy" na kwaterach stoją od lewej : 1. "Baśka" Osiall Bogdan , 2. "Almanzor" Ignatowski Marian, 3. "Żuk" Kwieciński Zygmunt, 4. "Świder" Stanisław Milaszkiewicz, 5. NN, 6. "Jeleń Garbacki Władysław, 7,8 NN, 9. "Jacyna" Onoszko Jan, 10. "Puma" Wolski Edward, 11. "Kula" Wójcicki Zbigniew[Obrazek: 100.jpg]
Amor Patriae Nostra Lex” (łac. Miłość Ojczyzny Naszym Prawem)
Znajdź wszystkie posty użytkownikaZnajdź




Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Autor Wiadomość